Wyspa skarbów, czyli rzecz o smakach wybrzeża Oceanu Indyjskiego

Jakiś czas temu w PSTK…

 

Już późno. Słońce wkrótce schowa się w oceanie, a my wciąż idziemy, noga za nogą, coraz wolniej. Nad głowami kołyszą się smukłe, wysokie palmy kokosowe, tęsknie patrzymy na dorodne, niedostępne orzechy. Musielibyśmy wyciąć maczetą stopnie w pniu i zwinnie wspiąć się na samą górę, żeby ich dosięgnąć, a to potrafią tylko nieliczni, najodważniejsi chłopcy. Dochodzimy wreszcie do wsi, gromada dzieci wita nas radośnie. Trwa ramadan, miesiąc wstrzemięźliwości. Tu, na Pembie, jest przestrzegany ściśle i konserwatywnie, nawet nas – wazungu – nie obejmuje taryfa ulgowa. Zaglądamy do maleńkiego sklepiku: jest super-glue, cebula, banany i coca cola. Jeść na ulicy nie wolno, ale nikt nie zabrania kupować. Kawałek dalej na ziemi, przy drodze, leżą ułożone w kopczyki słodkie, różowe ziemniaki, a obok pomidory, małe, podłużne. To wszystko. Jest jeszcze sól, ale morska, zbrylona, trzeba będzie ją pokruszyć.

Czujemy się jak poszukiwacze skarbu. Docieramy do plaży. Słońce akurat zachodzi, rzucamy wszystko i zanurzamy nasze umęczone i rozgrzane ciała w Oceanie Indyjskim. Właśnie zaczął się przypływ, rozbijamy więc namioty trochę wyżej, nie na piasku. Nie ma tu nikogo. Na horyzoncie nie widać żadnego statku, przy brzegu kołyszą się jedynie dwie drewniane pirogi. Panuje absolutny, upalny spokój, łagodne odrętwienie. Słychać tylko szum oceanu i ciche burczenie naszych żołądków. Rajska wyspa Pemba, nieodkryta przez turystów, niedoceniona przez hotelarzy. Namacalny dowód na to, że czas może się zatrzymać.

Wkrótce przypływają łodzie, przywożą to, co udało się złowić. Pirogi kołyszą się na łagodnych falach, białe żagielki stanowią tak malowniczy, magiczny obraz, że czujemy się jak przybysze z zupełnie innego świata. Nasz towarzysz zapala naftową lampę, choć nie jest potrzebna, wschodzi bowiem księżyc tak ogromny i jasny, jakiego nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Krewetek niestety nie ma, choć zaklinałam je w duchu całe popołudnie, by dały się porwać w sieci. Są za to ryby. Prosimy o jedną. Rybak pokazuje, że mamy poczekać, po chwili przynosi nam nie rybę, a potwora. Nie mam pojęcia, jaki to gatunek: ma z metr długości, jest gruba, świeża, błyszcząca. Na migi udaje nam się poprosić o połowę tego smoka; później rybacy gdzieś znikają – może na morzu, może na lądzie – a my zabieramy się za upragnioną kolację. Zabawne, jak istotny w podróży staje się posiłek, jeśli nie wiem jaki – i w ogóle czy – przypadnie nam w udziale.

Oczywiście, moglibyśmy zostać na tłocznym Zanzibarze i jeść codziennie w innej knajpie. Choć szczególnie do serca przypadła nam jedna, niewielka i niedroga, schowana w ciasnym zaułku: wegetariańska niewielka restauracja w hinduskim stylu. Tak, hinduskim, przed wiekami krzyżowały się tu bowiem szlaki handlarzy, podróżników, kolonizatorów i zwykłych poszukiwaczy wrażeń, Zanzibar stanowi więc przepiękny, dźwięczny i smakowity tygiel hindusko-arabsko-suahili. Z nieukrywaną radością pochłaniamy więc kachori – smażone kuleczki z ziemniaków, bhajie – kulki z zielonej soczewicy, bardzo aromatyczne; pikantne samosa, ryż biriani – wszystko pachnące gałką, kardamonem, curry i pieprzem. Do naszych faworytów należą jednak chapati,płaskie miękkie placki, smażone przez kobiety na ulicy, bo przecież właśnie tam zazwyczaj się stołujemy. Do tego sok z właśnie rozłupanego, młodego kokosa, wypity wprost z łupiny, i jego delikatny miąższ – dla nich warto przyjechać na tanzańskie wybrzeże.

Wróćmy jednak na dziką Pembę. Czy obieraliście kiedyś słodkie ziemniaki? Wypuszczają one przy tej czynności biały sok, trochę, jak z kwiatu mlecza. Oblepia nam ręce i zastyga w lepką warstwę, co w połączeniu z kurzem daje dość piorunujące efekty, a nam akurat skończyło się mydło. Szorujemy się oceanicznym piachem i słoną wodą. Ziemniaki już obrane, umyte, a więc do dzieła. Wyzwanie jest spore, mamy bowiem tylko niewielką menażkę. Ognisko już się pali; budujemy z kamieni proste palenisko. Gdy pataty spokojnie sobie bulgoczą, sprawiamy rybę i smażymy bez tłuszczu, posypaną tylko odrobiną rozkruszonej kamieniem soli. Jemy z jednego garnka, zagryzając sałatką z pachnących dojrzałością pomidorów i ostrej cebuli. To smak wyspy, smak wielkiej podróży, smak oceanu. A może po prostu smak życia.

 

Autorka tekstu: Krystyna Roszak

Plugin by:aaM